Close

Szlachetne techniki fotografii

Każdy w swoim życiu widział stare fotografie. Często zastanawiamy się dlaczego jest ich tak mało ? Dlaczego moja rodzina nie robiła sobie zdjęć? Kiedy my teraz praktycznie codziennie pstrykamy jakąś fotkę. Kiedyś zrobienie zdjęcia wiązało się z całym procesem przygotowawczym. Nie tylko z przygotowaniem sprzętu. Tym zajmował się wynajęty fotograf. To On był posiadaczem aparatu. To On dysponował ciemnią. Nie było przecież laboratoriów bo nie było prywatnych aparatów. Posiadacz aparatu stawał się prawdziwym fotografem. Często to On także narzucał pozy w jakich robił swoje zdjęcia, był niejako scenarzystą. I jakkolwiek niektórzy byli monotematyczni, te same wożone tło, ten sam stołek, zmieniają się tylko osoby fotografowane dziś zdjęcia te niosą za swoim obrazem prawdziwą historię. Historię tym bardziej rzeczywistą im rzetelniej jest ona podpisana, opisana i trwa w pamięci potomków osób fotografowanych. Osoby fotografowane często długo przygotowywały się do sesji. To widać na starych fotografiach – najlepsze stroje, wytworne kapelusze, najczęściej obute nogi. (Często buty szczególnie na wsiach były przechodnie, pożyczało się je do zdjęcia).

W ubiegły weekend brałam udział w warsztatach szlachetnych technik fotografii przeprowadzonych przez dwóch pasjonatów: Andrzeja Górskiego oraz Emila Stankiewicza. Robiliśmy zdjęcia wielkoformatowymi aparatami w technice kolodionu. Technika ta jako tańsza wyparła dagerotyp i powstała w latach 50 XIX wieku. Zdjęcia stały się jak na tamte czasy ciut tańsze a przez to dostępne szerszej rzeszy odbiorców. Jakością nie odbiegały zasadniczo od poprzednich. Robione dużym tzw. pudełkowym aparatem, na długim czasie naświetlenia, zapisane na szkle, dobrze utrwalone były trwałe na wieki. Dziś te ocalałe cieszą oko.

My staraliśmy się odtworzyć tamten proces i poczuć zapach tamtych czasów. A że kolodion wiąże się mocno z pracą techniczną nad zdjęciem to czuliśmy ją organoleptycznie podczas całych zajęć. Opary eteru i innych chemicznych związków unosiły się podczas trwania całych warsztatów. Stosując tą technikę nie możemy liczyć na wiele zdjęć. Podczas warsztatów możemy spodziewać się kilku dobrze naświetlonych szklanych płytek wykonanych w ciągu trzech dni przez całą grupę. Jednak każda z nich zatrzymała swoim obrazem kilka lub kilkanaście sekund życia pozowanej osoby. Tu nie liczy się ile zrobimy. Fotografując uczymy się cierpliwości, wytrwałości – często powtarzamy kilka razy ustawioną scenę. A za każdym razem trzeba przygotować nowe szkiełko – wyczyścić je alkoholem, nanieść światłoczułą powłokę, utrwalić ją (każda kolejna czynność to czasem 2, 3 minuty) załadować w kasetę aparatu, umieścić w aparacie. Potem już niby tylko zostało nam zrobienie zdjęcia. Jednakże należy pamiętać o tylu rzeczach. Nasz obiekt fotografowany w tym czasie mógł się przemieścić (przecież żyje) musimy nastawić -skorygować ostrość, zamknąć obiektyw aby wpadające światło nie zaświetliło nam naszej pracochłonnie przygotowanej szklanej płytki, skorygować przesłonę (jeśli taka korekcja jest możliwa) no i zacząć naświetlać. Czas w tym przypadku jest niezmiernie ważny. To on decyduję o końcowym efekcie. Aparaty są stare, obiektywy ciemne i przez to wymagają długich czasów do naświetlania aby uzyskać efekty fotograficzne. Często osoby fotografowane od tyłu są oparte na specjalnych podporach uniemożliwiających poruszenia niewskazane na efektach końcowych. Jak widzimy zrobienie takiego zdjęcia to już historia sama w sobie. Naświetlona płytka w kasecie nie może długo czekać. Praktycznie od razu musi być wywołana. Czyli musimy być blisko ciemni, umieć ją obsługiwać i zastosować odpowiednie procedury. Tu swoją wiedzą dzielił się z nami Andrzej Górski. Emil nadzorował nasze zmagania z aparatami.

W niedziele wyszliśmy robić zdjęcia w plener a dokładnie na ulicę Grunwaldzką w Białymstoku, gdzie stojący dom na pewno pamiętał czasy naszych aparatów. Jego mieszkańcy byli na tyle mili, iż pozwolili nam użyć jego jako naszego rekwizytu minionej epoki. Były odpowiednio ubrane modelki, model z rowerem a my działaliśmy. Była też prowizoryczna ciemnia plenerowa bo szybki – nasze zdjęcia- wywoływaliśmy od razu. Ciemnia przypominająca zapewne taką jaką używali nasi protoplaści. No i byliśmy my – zapaleńcy, zafascynowani dawnymi technikami. Przechodzący ludzie, mieszkańcy przystawali zaciekawieni. Dopytywali się co robimy, dlaczego takimi aparatami ? No właśnie – dlaczego? Myślę, że każdy ma swoją własną odpowiedź. W tym jakże zaganianym świecie, kiedy nawet zdjęcia wykonywane aparatem –  często komórką robimy szybko bo tu i teraz.  Czasem ważne jest aby to  tu i teraz było bardziej przemyślane, zatrzymane, przeżyte. Takie warsztaty na pewno dają te możliwości. Każda chwila zatrzymana na szkle jest ułomkiem historii, którą my tworzyliśmy wspólnie na warsztatach, bawiąc się przy tym wspaniale. Wielkie dzięki organizatorom, czekamy na następne wspólne chwile.