Close

Albin Sokołowski cz.1

Odejście każdej bliskiej osoby to tragedia. Mój młodszy syn swojego dziadka – Albina Sokołowskiego zna tylko z opowieści. Odszedł za wcześnie, nagle tak jak wielcy i dobrzy tego świata. Teraz poznaje go lepiej przez to co zostawił po sobie –  przez swoje rzeźby. Albin był wspaniałym człowiekiem. Jego pracownia przy ulicy Liniarskiego była otwarta dla wszystkich chętnych. Wpadało się tam na kawę z fusami lub herbatę z prawdziwego samowara. Zawsze pełna życia, tłoczna od znajomych i mniej znajomych (ci zaraz się zadomowiali i zostawali przyjaciółmi), miejsce spotkań wielu wspaniałych. Ile tam się działo ? Wizje artysty wykraczały poza normy tego świata. Jak coś budował to czasem aby to wynieść z budynku musieliśmy rozbierać ścianę. Nic nie było niewykonalne ani niemożliwe. Nikt nie narzekał, nie kręcił nosem. Narzędzie same pchały się w ręce, służyły dziełom. Tym wielkim i małym.  Budynku już nie ma. Jeszcze za życia miejsce to przejęła kuria prawosławna na swoje cele. Albin osiadł w lokalu przy Al. 1 -go Maja. Albin był Białostoczaninem z krwi i kości. Pochodził spod Grajewa ale po studiach osiadł w Białymstoku. Tu miał wiele swoich wystaw i tu powstały jego wszystkie prace.

Teraz z dumą pokazuję jego rzeźby dla wnuka – Stanisława Adama. Niech one kształtują jego osobowość, wrażliwość, widzenie świata. W Białymstoku wciąż mało jest instalacji przestrzennych dobrych rzeźbiarzy, przy których można by było zatrzymać się, podumać, zrobić zdjęcie.